Wyjechałyśmy z Los Angeles. Kierunek: Północ, północny Zachód, bo zmierzamy do San Francisco. Do przejechania mamy całą Kalifornię i choć większość przewodników sugeruje wybrać trasę wzdłuż wybrzeża, tzw. Big Sur, my wybrałyśmy tę w głębi lądu. Nie dlatego, że nie uważamy wybrzeża Pacyfiku za dość piękne. I również nie dlatego, że czasowo mamy dość plażowania... chociaż córka ma na ten temat swoje zdanie, które wyraża dosadnie głosem zabarwionym cierpieniem. Otóż wystarczyły dwie godziny. Dwie godziny na plaży Venice Beach, aby mimo filtra UV 50+ słońce Kalifornii "lekko" musnęło jej nogi. Po dwudziestu czterech godzinach wklepywania w skórę śmietanek i balsamów, okładania nóg zimnymi kompresami i walki z moją paniką i strachem stan skóry na nogach latorośli pozwolił nam kontynuować podróż.
Dlatego bez żalu pożegnałyśmy Los Angeles i nucąc "...if you're going to San Francisco..." obrałyśmy tenże kierunek. Po drodze chcemy zwiedzić Park Yosemite, więc trasa z dala od oceanu jest uzasadniona.