21 czerwca 2015

Północ, północny Zachód

Wyjechałyśmy z Los Angeles. Kierunek: Północ, północny Zachód, bo zmierzamy do San Francisco. Do przejechania mamy całą Kalifornię i choć większość przewodników sugeruje wybrać trasę wzdłuż wybrzeża, tzw. Big Sur, my wybrałyśmy tę w głębi lądu. Nie dlatego, że nie uważamy wybrzeża Pacyfiku za dość piękne. I również nie dlatego, że czasowo mamy dość plażowania... chociaż córka ma na ten temat swoje zdanie, które wyraża dosadnie głosem zabarwionym cierpieniem. Otóż wystarczyły dwie godziny. Dwie godziny na plaży Venice Beach, aby mimo filtra UV 50+ słońce Kalifornii "lekko" musnęło jej nogi. Po dwudziestu czterech godzinach wklepywania w skórę śmietanek i balsamów, okładania nóg zimnymi kompresami i walki z moją paniką i strachem stan skóry na nogach latorośli pozwolił nam kontynuować podróż.
Dlatego bez żalu pożegnałyśmy Los Angeles i nucąc "...if you're going to San Francisco..." obrałyśmy tenże kierunek. Po drodze chcemy zwiedzić Park Yosemite, więc trasa z dala od oceanu jest uzasadniona.

Amerykańskie autostrady są świetne. Łatwe w obsłudze, dobrze oznakowane, gwarantują bezstresową jazdę. Chcemy jechać na Północ, więc wybieramy zjazdy North. Jeśli na Zachód, to zjazdy West. Proste. Banalne.

Tak więc już po trzech godzinach jazdy i spaleniu ćwierci baku paliwa.... nadal byłyśmy na przedmieściach LA!!! W aucie porozkładane przewodniki, mapki, wydruki z google maps, więc ostatecznie udało nam się znaleźć właściwy kierunek.
W okolicy małej (główna szosa, dwie przecznice i lotnisko!!!) mieściny Mojave zrobiłyśmy sobie postój. Przerwa na lunch w McDonald'sie. Zaraz po przekroczeniu progu lokalu spojrzenia gości i personelu mówiły jasno - obce w miasteczku. Chwilę później zjawił się szeryf - szerokie rondo kapelusza, mundur, odznaka przypięta na dumnie prężącej się piersi oraz wzrok w stylu "to moje miasto" - wszystko to dawało jasny sygnał, że nic nie dzieje się w Mojave bez wiedzy szeryfa. Widocznie (na szczęście) nie wyglądałyśmy podejrzanie, więc nie było potrzeby zawierania bliższej znajomości ze służbami mundurowymi.
Pojechałyśmy dalej swoją drogą. Po wschodniej stronie na horyzoncie zaczynało powoli pojawiać się szare pasmo gór Sierra Nevada. Im dalej na północ, tym wyraźniej góry odcinały się od błękitu nieba, a cały krajobraz wokół zmieniał się dość znacząco. Rudą, spaloną słońcem ziemię Mojave Desert zastępowały zielone wąwozy i wzgórza.




Park Narodowy Yosemite przywitał nas soczystą zielenią, świeżą bryzą i całym swoim dobrodziejstwem inwentarza. Były więc leśne drogi, stada wiewiórek, ogromne majestatyczne sekwoje i wysokie wodospady.



Córka ucięła sobie miłą pogawędkę z panią strażniczką i lekko przybladła, gdy strażniczka ochoczo potwierdziła jej przypuszczenia: Tak! W Parku Yosemite żyją misie! I dzikie pumy również (ale o tych doczytałyśmy w gazetce Yosemite samodzielnie, kilka dni po wyjeździe)! Ta świadomość nieznacznie pogorszyła nasz psychiczny komfort podczas spacerów po lesie.
Gdy późnym popołudniem opuszczałyśmy park, obie poczułyśmy ulgę na myśl, że nie wszyscy jego mieszkańcy wyszli nam na spotkanie. Coś mi mówiło, że żywy, prawdziwy misio z Yosemite niewiele ma wspólnego z kreskówkowym misiem Yogi z Yellowstone. ;-)



Brak komentarzy: