Sierpniowy poranek był trochę mglisty i raczej nie zapowiadało się na kolejny upalny dzień w raju. Jednak wcale nas to nie zrażało. Plan zwiedzania i tak miał być zrealizowany, nawet jeśli będzie lało, chociaż zwiedzanie w deszczu odbiera trochę przyjemności. Tym radośniej przywitałyśmy słońce, które tak koło 10:00 zdołało przebić się przez chmury, rozlewając swój gorący blask nad San Diego. I bardzo dobrze, bo to był TEN dzień. To był MÓJ dzień, z atrakcjami specjalnie dla mnie, chociaż jak się okazało, córka też się dobrze bawiła, ale publicznie raczej się do tego nie przyzna... ;-)
Pierwszy punkt programu majaczył już na horyzoncie. Tak dokładnie to nie majaczył, tylko wyraźnie i zdecydowanie odcinał się od reszty obiektów, wywyższając się ponad nie. Cudowny widok! Ponad sześćdziesięcioletnia, pomalowana na szaro ogromna ilość stali, wysoka na kilka pięter, "zaparkowana" na stałe w porcie San Diego. Podchodząc coraz bliżej, z każdym krokiem podobała mi się coraz bardziej. Stanęłyśmy w kolejce, aby kupić bilety.