Sierpniowy poranek był trochę mglisty i raczej nie zapowiadało się na kolejny upalny dzień w raju. Jednak wcale nas to nie zrażało. Plan zwiedzania i tak miał być zrealizowany, nawet jeśli będzie lało, chociaż zwiedzanie w deszczu odbiera trochę przyjemności. Tym radośniej przywitałyśmy słońce, które tak koło 10:00 zdołało przebić się przez chmury, rozlewając swój gorący blask nad San Diego. I bardzo dobrze, bo to był TEN dzień. To był MÓJ dzień, z atrakcjami specjalnie dla mnie, chociaż jak się okazało, córka też się dobrze bawiła, ale publicznie raczej się do tego nie przyzna... ;-)
Pierwszy punkt programu majaczył już na horyzoncie. Tak dokładnie to nie majaczył, tylko wyraźnie i zdecydowanie odcinał się od reszty obiektów, wywyższając się ponad nie. Cudowny widok! Ponad sześćdziesięcioletnia, pomalowana na szaro ogromna ilość stali, wysoka na kilka pięter, "zaparkowana" na stałe w porcie San Diego. Podchodząc coraz bliżej, z każdym krokiem podobała mi się coraz bardziej. Stanęłyśmy w kolejce, aby kupić bilety.
Ja - podekscytowana, jak dziecko, które za chwilę po raz pierwszy wejdzie do wesołego miasteczka (tylko brakowało, żebym podskakiwała niecierpliwie w miejscu. Chociaż może podskakiwałam....?).
I moja córka - cierpliwie, z pobłażaniem kiwająca głową, tłumacząca panu sprzedającemu bilety, że matka w sumie jest całkiem normalna, ale właśnie spełnia się jej marzenie. Za moment wejdzie do swojego Disneylandu, więc wszelkie próby podjęcia z nią racjonalnej konwersacji raczej spełzną na niczym.
- Welcome aboard! - radośnie zawołał przewodnik - weteran i zapraszającym gestem otworzył wejście na pokład.
USS Midway - lotniskowiec - muzeum. Zacumowany w San Diego co roku jest odwiedzany przez rzesze turystów. Tym razem nam również udało się tu dotrzeć. Pływające lotnisko jest fantastyczne, a przewodnicy to wolontariusze weterani różnych wojen. Podczas zwiedzania poszczególnych pokładów opowiadają niezliczone ilości anegdot, które nie tylko są zabawne ale także pozwalają lepiej wyobrazić sobie jak to wszystko funkcjonuje, zwłaszcza podczas akcji, na pełnym morzu. Bo jak wiadomo, morze nie zawsze jest spokojne i czasem piloci muszą wylądować burzliwą nocą, w ciemnościach, na pokładzie, który z ich perspektywy wygląda jak znaczek pocztowy.
Spędziłyśmy na pokładzie USS Midway ładnych kilka godzin, bo jeszcze maszynownia, jeszcze mesa, jeszcze mostek i symulator startu i lądowania na pokładzie....
No i jeszcze kawa i chwila odpoczynku w kawiarni na rufie.
Po porannym zwiedzaniu lotniskowca, plany na popołudnie były troszkę spokojniejsze :-)
Przejechałyśmy mostem na wyspę Coronado aby trochę posiedzieć na plaży. A plaża na Coronado jest najpiękniejsza tam, gdzie się bieli (nie, nie żagiel...) fasada Del.
Historia hotelu Del Coronado liczy sobie ponad sto lat. Odpoczywało tu wiele sław. Nakręcono tu plenery filmu "Some like it hot" z Marilyn Monroe, której partnerowali Jack Lemmon i Tony Curtis. Turyści szukają tu odrobiny luksusu na wakacjach, trochę ciszy i spokoju, chociaż ten ostatni może być zakłócany od czasu do czasu, bo poza lotniskiem cywilnym, okolica jest urodzajna w cztery bazy wojskowe. A to oznacza, że od czasu do czasu głośny ryk silników F-ów przetoczy się po niebie (ku mojej radości). :-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz