6 lipca 2017

Jedna mila

Ani trzydziestostopniowy upał, ani wysoka wilgotność powietrza nie robiły wrażenia na małej, burej wiewiórce, która skakała po gałęziach pobliskiego drzewa. Obserwowałyśmy ją przez chwilę, siedząc w poczekalni posterunku policji na przedmieściach Titusville na Florydzie. Poczekalnia na szczęście była klimatyzowana i wyposażona w maszynę z zimnymi napojami. Już kwadrans czekałyśmy na policjanta, który miał nam przyjść z pomocą. W każdym razie przygodę zapamiętamy na długo. A co się stało, że poranek spędzałyśmy na komisariacie?


Zaczęło się poprzedniego dnia, gdy pojechałyśmy na wycieczkę do Miami. Nasi nowo poznani znajomi zabrali się z nami i dzięki nim wycieczka sporo zyskała. Cztery godziny jazdy z Lake Buena Vista do Miami South Beach szybko minęły, okraszone humorem sytuacyjnym, ciętymi ripostami z dużą dozą sarkazmu oraz wzajemnym tłumaczeniu sobie wszelkich różnic kulturowo - żywieniowo - obyczajowych między Polakami i Amerykanami. Gdy już dotarliśmy na miejsce, odkryłyśmy kolejny raj na ziemi. Plaże w Miami są tak samo szerokie, czyste i piękne, jak w Kalifornii, jednak kolor wody jest inny. Turkusowy.


Kąpiel w Atlantyku zaostrzyła apetyt więc zjedliśmy ogromny lunch w kubańskiej restauracji Havana 1957 i trzeba było zbierać się w drogę powrotną do Lake Buena Vista. Cztery godziny jazdy znów szybko minęły i już dawno tak się nie śmiałam, jak podczas tej wycieczki. Gdy już odwiozłyśmy naszych przyjaciół do ich hotelu, wróciłyśmy do swojego, gdzie parkując auto zakodowałam w pamięci, że została ćwiartka baku paliwa. Więc rano, przed planowanym wyjazdem na Cape Canaveral koniecznie trzeba zatankować.

Poranek był gorący, jak każdy dzień na Florydzie. Dziś córka dorwała się do kierownicy, więc ja miałam przyjemność bycia wożoną. Do Kennedy Space Center na Cape Canaveral jest godzina jazdy, więc nie spieszyłyśmy się. Zapowiadała się spokojna, "lajtowa" wycieczka. Pędząc sobie luźno autostradą mimowolnie ze swojego fotela pasażera spojrzałam na wskaźnik paliwa.
O jasna cholera!
Miałyśmy tankować przed wyjazdem. Na stacji przy hotelu. No dobra. Musimy minąć lotnisko w Orlando, a przy lotnisku są stacje benzynowe, więc tam zatankujemy.
Niestety, przedziwnym zbiegiem okoliczności minęłyśmy zjazd na Shell'a, a zjazd na Seven11 był perfidnie ukryty! Możliwość tankowania przy lotnisku minęła bezpowrotnie. Zapiszczała rezerwa! Fajnie, że nasze wynajęte auto wyświetla zasięg możliwy do przejechania na rezerwie: 15 mil. Nasza odległość od celu podróży: 22 mile. Hmmm..... musimy jechać ekonomicznie - pomyślałam. Wyłączymy klimatyzację! :-)
Wyłączenie klimy w aucie w tropikach (31 stopni Celsjusza i 80% wilgotności) to idiotyczny pomysł, więc po chwili klima znów chłodziła auto, zżerając resztki paliwa.
Na pewno za chwilę będzie jakaś stacja - naiwnie zaklinałyśmy rzeczywistość. Zjechałyśmy już z autostrady i teraz droga wiodła zwykłą szosą, przez lasy i mokradła. Wyglądałyśmy jakiegokolwiek znaku informującego o stacji benzynowej, ale uparcie pojawiał się tylko jeden, zgoła inny znak - informujący, aby nie zatrzymywać się i broń Boże nie schodzić na pobocze, bo mokradła i przydrożne rowy zamieszkałe są przez aligatory. No to super!
Gdy komputer pokładowy wyświetlił info, że zostało paliwa na 5 mil, stało się jasne że nie dojedziemy na tym do celu. Teraz walczyłyśmy już tylko o to, aby dojechać do jakiejś mieściny lub innego przyczółka cywilizacji. Aby tylko nie zatrzymać się "in the middle of nowhere" zwłaszcza, że zostało nam pół butelki wody, a temperatura nie była naszym sprzymierzeńcem. Już chyba tylko siłą naszej woli auto dokulało się do skrzyżowania na przedmieściach Titusville, po czym zdechło. Córka zdążyła jeszcze zjechać na pobocze i ...... koniec.
Co teraz?
Teraz uruchamiamy procedurę "no panic" czyli co możemy zrobić? Zawsze są jakieś możliwości. Nie było czasu na dyskusję panelową, więc szybko określiłyśmy dwie opcje:

Opcja1:
włączamy światła awaryjne, wyciągamy karteczkę z Avisa i dzwonimy pod numer awaryjny tam wypisany. Po trzech próbach połączenia się wciąż słyszałyśmy ten sam automatyczny komunikat: wybrałeś niepoprawny numer.
Super - numer awaryjny Avisa nie działa.

Opcja2:
dzwonimy na ogólny numer 911.
Ale najpierw rozejrzyjmy się dookoła. O! Tam jest jakiś budynek. Idziemy!
Zamknęłyśmy auto i pomaszerowałyśmy dzielnie w kierunku budynku stojącego pod drzewami. Jest budynek, są auta na parkingu, czyli są ludzie. Hurra! Nie zginiemy!
Podchodząc bliżej dostrzegłyśmy tablicę:
Police Departament - Titusville Station
O! Czyli nie trzeba będzie dzwonić na 911. :-)

Wyjaśniłyśmy miłej pani w mundurze, na czym polega nasz problem. Wykazała zrozumienie i obiecała wezwać kogoś do pomocy.

Jak wspomniałam na początku, poczekałyśmy kwadrans i policjant (wyraźnie rozbawiony) przywiózł nam paliwo w kanistrze z pobliskiej stacji. Wlał tyle, aby starczyło na przejechanie jednej mili. Bo dosłownie jedną milę dalej, przy następnym skrzyżowaniu stała radośnie..... stacja British Petroleum....

Cudownie było wjechać na parking NASA z pełnym bakiem.





Brak komentarzy: