4 stycznia 2015

Bitwa o Anglię

Plan był dopracowany w szczegółach i prosty. I w swej prostocie zakładał śniadanie w kraju (chociaż na lotnisku), a obiad późnym popołudniem w Londynie. Po drodze dopuszczalny był jeszcze ewentualny lekki lunch na lotnisku we Frankfurcie - miejscu naszej przesiadki. Ale to była wersja opcjonalna.
A wróg czuwa! I dołoży wszelkich starań, aby plan nie został zrealizowany! Ale po kolei....

"...Let it snow, let it snow..." - nuciłam przez całe święta, bo przecież na Boże Narodzenie odrobina śniegu robi taki romantyczny klimacik. No cóż, widocznie nie nuciłam wystarczająco głośno, bo na święta nie spadło ani trochę śniegu. Nawet symbolicznie. Natomiast moje muzyczne życzenie dotyczące białego puchu spełniło się zaraz po świętach. W kraju poranek był pogodny i mroźny. A śnieg sypał nad Frankfurtem...
Meteorologiczne info przychodziło regularnymi smsami od znanego niemieckiego przewoźnika, a brzmiało mniej więcej: "your flight has been delayed to...." Hmmm, niby sama sobie jestem winna. Podróżowanie zimą to loteria. Czasem przecież sypie śnieg.
Trzy godziny siedzienia na terminalu i zaklinania pogody przyniosły mierny rezultat. Do Frankfurtu wystartowałyśmy o godzinie, o której mój plan zakładał lądowanie w Londynie. No ale nie traćmy ducha walki. Już przynajmniej o jeden etap podróży bliżej do celu. Jednak bądźmy czujni, bo wróg nie próżnuje i siły swe przegrupował i gotów do następnego uderzenia!
Frankfurt powitał nas lekko sypiącym śniegiem oraz listą lotów, na które nas kolejno przebukowywano. Każdy z proponowanych lotów był regularnie odwoływany. Ostatecznie późnym wieczorem, w tłumie tysięcy (słownie: tysięcy, gdyż nie tylko Londyn był tego dnia odwołany) pasażerów stało się dla nas jasne, że mój plan podróży diabli wzięli. No cóż, może to nie był najciekawszy plan wycieczki na świecie, ale nie trzeba mnie na siłę zmuszać do zwiedzania Frankfurtu "by night", kiedy ja chcę do Londynu.
No ale skoro nie było innego wyjścia, to zebrałyśmy siły do nowego ataku dnia następnego.

Kolejny poranek spędziłyśmy szturmując zaciekle bramkę, z której odbywał się pierwszy tego dnia lot do stolicy Zjednoczonego Królestwa. Poza sporą grupą szczęśliwców posiadających bilet i kartę pokładową na ten lot, bramkę wraz z nami szturmowało 185 innych osób z tzw. "listy oczekujących" z przebukowania. O nie, niech was nie zwiedzie fakt, że staliśmy wspólnie po tej samej stronie barykady walcząc ramię w ramię z przewoźnikiem. Nie! W tym tłumie panował raczej klimat "walki o stołki", a dokładniej o miejsce w samolocie. Niby kulturalnie, niby bez szarpaniny, ale dziki wzrok mówił wszystko. I nie było to swojskie, znane nam "pan tu nie stał" tylko raczej "spróbuj się wepchnąć, a wydrapię oczy"!!!
Niestety nie byłyśmy w szczęśliwej dziesiątce osób wpuszczonych nadprogramowo do tego samolotu. Dziki tłum rozpoczął więc sztafetę / bieg z przeszkodami* (*-właściwe podkreślić) do następnej bramki, w innym terminalu, na kolejny samolot do Londynu.

Aby przechytrzyć wroga pobiegłyśmy w przeciwnym kierunku do centrum obsługi. Pan w okienku nieśmiało zaproponował alternatywne połączenie. Zamiast bezpośrednio do Londynu, zaoferował trasę z międzylądowaniem.
W Wenecji.
Do Londynu przez Wenecję, to jak do Gdańska przez Zakopane, ale niech już będzie.

Kiedy lądowałyśmy w Wenecji, nasz następny samolot do Londynu właśnie zbierał się do startu i radośnie pomachał nam skrzydłami, po czym zniknął w chmurach.
Kolejna szansa na lot w zamierzonym kierunku za osiem godzin........

Wenecja zimą jest tylko trochę mniej zatłoczona niż latem. Połowa atrakcji przy kanałach pozamykana (w tym słynne sklepiki na Rialto) ale na Piazza San Marco turyści tradycyjnie się tłoczą, wchodząc sobie w kadr zdjęcia, przepychając lub dokarmiając i tak już utuczone gołębie.
Włoski kelner w restauracji był optymistycznie nastawiony do życia więc radośnie nas zapytał:
- "Co was sprowadza do Wenecji?"
Hmmm..... koło fortuny, szerzej znane jako Lufthansa?!

Ostatecznie z 40-to godzinnym opóźnieniem zjadłyśmy swoje ulubione Fish & Chips na Charing Cross Road w Londynie...... :-)