Generalnie już sam fakt, że zdołałam się dzisiaj rano podnieść z łóżka, można nazwać czynem heroicznym! Przeczołgałam się do kuchni i sięgnęłam do wiszącej szafki, aby wyciągnąć torebkę herbaty. Mięśnie ramion natychmiast zaprotestowały! Zaparzenie Earl Grey'a okazało się czynnością ponad moje siły.
Ciężko usiadłam na krześle i delektując się parującym napojem niczym boskim nektarem miałam ochotę zawołać: "TAK!!! Jestem niezwyciężona!!! Mam w sobie tyle siły, by.... nie paść z pragnienia we własnej kuchni?!"
...Równowaga. Za wszelką cenę trzeba zachować równowagę.
...I patrz przed siebie. Bądź taka... dalekowzroczna!
...I nie patrz w dół!!!
Nikły uśmiech na moment zagościł mi na twarzy na wspomnienie słów Osła z pierwszej części "Shreka" i aż samej chciało mi się zawołać: Shrek! Ja w dół patrzę!!!
Ale powoli, krok za krokiem pokonałam ostatnie metry stalowej liny rozwieszonej między drzewami, kilkanaście metrów nad ziemią. Zatrzymałam się na chwilę na wąskiej, drewnianej platformie na pniu drzewa, przepięłam linki asekuracyjne i obejrzałam się za siebie. Przebrnęłam już całą trasę numer jeden i połowę trasy numer dwa. Idzie mi świetnie - pomyślałam z dumą i spojrzałam na kolejną przeszkodę do pokonania. Znów stalowa lina, a nad nią rozwieszone na przemian: metalowe obręcze i pionowe deski. Eee... łatwizna...
....uczepiona kurczowo, a właściwie przytulona do wiszącej deski (dzięki Bogu wyheblowanej, bo inaczej najlepszy korektor nie zakryłby zadrapań na twarzy) rozpaczliwie kombinowałam, jakim sposobem pokonać następną obręcz. Ręce mdlały ze zmęczenia, za mną już widzę sporą kolejkę osób czekających, aż zwolnię linę, a ja .... wiszę!
No to może górą....
No to może bokiem....
Dobrze, że nikt nie przyznawał punktów za styl, bo przebrnęłam przez te obręcze ale bez wdzięku baletnicy. Zwinnością wiewiórki też nie błysnęłam. A ostatni zjazd "tyrolkę" zaliczyłam bez telemarku ale za to z obitą kością biodrową.
Gdy już pozbierałam z ziemi siebie, resztki godności i sił, oddałam uprzęże, linki i kask, niebo przecięły błyskawice. Na burzę zbierało się już od rana ale zagrzmiało na szczęście już po tym, jak skończyłam kurs survivalu. Hmmm..... a może to szyfrowana wiadomość od GROMu? Przekaz prosty niczym grom z jasnego nieba, że komandos ze mnie marny. A i wiek poborowy już dawno mam za sobą... ;-)