20 października 2013

Kontemplacja dzieła

W Mediolanie maleńki kościół Santa Maria delle Grazie jest tak wciśnięty między inne budynki, że trudno go odnaleźć. Dlatego trochę błądziłyśmy po ulicach, zanim trafiłyśmy. Odebrałyśmy bilety  i dołączyłyśmy do międzynarodowej grupy turystów czekających na swoją turę zwiedzania. W tych murach bowiem znajduje się dzieło, które w ostatniej dekadzie przeżywa prawdziwy renesans. A wszystko za sprawą pisarza, który publikacją swojej książki włożył (zamierzenie lub nie) przysłowiowy kij w mrowisko. I rozgorzała globalna dyskusja, a jej niezaprzeczalnie pozytywnym efektem był wzrost czytelnictwa książek (co w dobie mediów elektronicznych jest fenomenem) oraz wzrost zainteresowania sztuką. Ten drugi aspekt ograniczył się wprawdzie głównie do zwiedzania Luwru, gdzie Mona Lisa jest oblegana każdego dnia. Ale rosnący wokół nas tłum czekających świadczył, że i Mediolan przyciąga turystów nie tylko konsumpcyjną sztuką wielkich krawców, ale również sztuką w tradycyjnym wydaniu.
Już przed przyjazdem wyczytałyśmy na oficjalnej stronie, że trzeba przybyć punktualnie, bo harmonogram wejść jest ściśle przestrzegany. A czas kontemplacji dzieła ograniczono do piętnastu minut!!! Razem z córką zastanawiałyśmy się, co można robić przez piętnaście minut stojąc przed freskiem! Hmm..... być może znawcy malarstwa i historycy sztuki studiują dzieło dokładnie, analizując pociągnięcia pędzlem, światło, barwy.... I dla takiego znawcy kwadrans to mało, aby się zachwycić. Ale bądźmy szczerzy: ani ja, ani córka za znawców tematu nie uchodzimy. Jesteśmy tu dlatego, że warto zobaczyć dzieło wielkiego mistrza. Na własne oczy. Zobaczyć, jak wygląda i o co w sumie tyle hałasu w tej globalnej awanturze.
Mimo, że jesteśmy we Włoszech, to z niemiecką punktualnością rozległ się dzwonek będący sygnałem, że nasza grupa może wejść do sali (w sumie do kościoła), więc tłum wsypał się do środka.
Fresk jest dość duży. Mimo prac konserwatorskich farba miejscami wyblakła, ale całość robi wrażenie. Zerknęłam dyskretnie wokół - wszyscy wpatrują się w "Ostatnią wieczerzę". Nie wiedzieć czemu, mało kto spojrzy za siebie, gdzie na przeciwległej ścianie inny fresk przedstawia scenę ukrzyżowania. Ciekawa interpretacja sceny z Nowego Testamentu. Ale turyści jednak wybierają "Wieczerzę...", doszukując się zgodności z książką Dana Brown'a. Nie ma w tłumie ani jednej osoby, którą interesowałoby pociągnięcie pędzlem, artyzm malowidła. Za to wszystkich interesuje, do kogo należy ręka ze sztyletem. I czy to rzeczywiście twarz kobiety? A jeśli tak, to czy rzeczywiście dłoń przy jej szyi to gest mówiący "skrócić o głowę"?
Zwiedzający żywo rozmawiają między sobą i zanosi się na dyskusję panelową w podgrupach, gdy nagle znajomy dźwięk dzwonka oznajmia, że czas zwiedzania właśnie minął. Niesamowite! Piętnaście minut kontemplacji dzieła minęło, jak mrugnięcie powieką. Grupa wychodzi dalej zawzięcie dyskutując, a ja zastanawiam się, czy geniusz artysty gdzieś się w tym wszystkim nie zagubił. Czy prace artysty ocenianie przez pryzmat teorii spiskowej dziejów na pewno są właściwie odbierane? A z drugiej strony, ciekawe czy za pięć wieków prace któregoś ze współczesnych twórców też będą wzbudzały takie kontrowersje i poruszały wyobraźnię przyszłych pokoleń?