25 listopada 2013

Enjoy the ride!

Ciemno, zimno i do domu daleko.
A będzie jeszcze ciemniej, zimniej i znacznie dalej do domu.
Zapięłam pasy w swoim fotelu i siedzę wsłuchując się w cichy szum urządzeń chłodzących kabinę. Właściwie to nie siedzę, tylko leżę na plecach, bo fotele są obrócone pod kątem 90 stopni. Wokół panuje ciemność i oczy powoli oswajają się z mrokiem kabiny. Przede mną duży wyświetlacz, mnóstwo migających kontrolek i niesamowity widok granatowego nieba. Czystego nieba. Ani jednej chmury.
Gdzieś głęboko, pod podłogą miarowy pomruk silników wprawia kabinę w lekkie wibracje. Z głośników płyną kolejne komunikaty ale prawie nic z ich treści do mnie nie dociera, ponieważ zbyt wiele się dzieje wokół abym mogła całkowicie poświęcić swą uwagę na słuchanie kolejnych komend.
Skupiam się na dwóch licznikach w rogu wyświetlacza: na zegarze i prędkościomierzu.
Zegar odlicza w dół, sekunda po sekundzie. Pozostała minuta.
Prędkościomierz póki co wciąż wskazuje zero ale wiem, że za chwilę i on ożyje.
Zaskoczona jestem faktem, że mimowolnie tętno mi przyśpiesza i czuję przypływ adrenaliny.
I co z tego, że sama siebie uspokajam powtarzając w duchu: jestem bezpieczna! Nic się nie stanie! Nic mi nie grozi! Uspokój się! Enjoy the ride!
Nie działa.
Rozum swoje, a podświadomość swoje.
Biorę głęboki wdech na rozluźnienie ale widok piętnastu sekund pozostałych do końca odliczania niweczy moje próby uspokojenia się.
Czuję, jak silniki zwiększają swoją moc. Kabina zaczyna lekko drgać.
10 sekund.
Czuję na sobie spojrzenie córki, więc odwracam głowę w jej kierunku i przekazuję bezgłośnie "nie bój się"...
3, 2, 1, 0 ..... zapłon! - pada komenda z głośników.
Wibracje wzmagają się jeszcze bardziej. Na podglądzie video obserwuję, jak ogromne wsporniki odchylają się, a wszystko tonie w kłębach pary i dymu.
Prędkościomierz ożył i licznik pędzi do góry wyświetlając aktualną prędkość. Próbuję za nim nadążyć ale po przekroczeniu 10 000 mil na godzinę poddaję się. Poza tym pojawił się ciekawszy widok: oto granat nieba nagle pociemniał, a tylu gwiazd nigdy wcześniej nie widziałam.
Chcę sprawdzić, co u córki, ale siła ciążenia jest tak wielka, że nie potrafię odwrócić głowy. Za to lifting na twarzy mam pierwsza klasa! :-) Wszystkie zmarszczki wygładzone!
W miejscu, gdzie wyświetlano odliczanie, teraz pokazuje się aktualna odległość od Ziemi. Ten licznik też oczywiście gna do przodu, ale nie jest mi dane skupić się na przeliczaniu mil na swojskie kilometry, gdyż w rogu zaczyna migać czerwona lampka, a z głośników wyje ostrzegawcza syrena. Awaria!
Trwa to kilka sekund, ale wystarczy aby spociły się dłonie, a poziom adrenaliny skoczył jeszcze wyżej.
Po chwili alarm wyłącza się, a komputer pokładowy informuje, że usterka naprawiona i obejdzie się bez awaryjnego lądowania w hiszpańskiej Saragossie (!?!)
Lot trwa dalej. Na prędkościomierz już nawet nie patrzę, bo w kabinie wszystko tak się trzęsie, jakby za moment miało się rozpaść.
I nagle system informuje o odrzuceniu zapasowego zbiornika i w tym samym czasie odczuwam szarpnięcie i obserwuję na monitorze, jak ogromny, wściekło pomarańczowy zbiornik odrywa się od rakiety i spada w dół.
Po chwili kolejne szarpnięcie i bezwładnie zawisam na pasach bezpieczeństwa.
Wahadłowiec wszedł na orbitę.
Widok Ziemi z kosmosu bezcenny! - za wszystko inne zapłaciłam kartą..... a może bez reklamy.... ;-)


Obie z córką wyszłyśmy na miękkich nogach z kabiny symulatora startów wahadłowca. Po mroku i chłodzie, jaki panował w środku, radośnie powitałyśmy ponownie gorące słońce Florydy, wystawiając doń swoje twarze po kosmicznym liftingu...
Niedaleko nas stał wahadłowiec Atlantis, który kilka godzin wcześniej wrócił ze swojej ostatniej kosmicznej misji. Jeszcze ciepły i osmalony....

Dalej w tle, na białej ścianie budynku wymalowane było znajome, granatowe logo:
NASA

Need Adrenaline? Step Aboard!

;-)