W większości przewodników turystycznych można znaleźć porady w stylu "koniecznie trzeba". I po tym następuje dłuższa lub krótsza lista rzeczy, które turysta powinien zrobić, żeby lepiej poczuć klimat miejsca, do którego się wybiera.
Idąc tym tropem, nasza lista złotych rad wyglądała następująco:
koniecznie trzeba
- spróbować francuskich kwadratowych pączków podawanych wraz z kawą z cykorią w Cafe du Monde;
- przejść się Bourbon Street i Royal Street wieczorem, gdy z każdej knajpki sączy się jazz na żywo;
- spróbować lokalnego specjału - drinka mimosa
Dzień rozpoczyna warkot śmieciarek i mechanicznych polewaczek zmywających z ulic ślady balangi minionej nocy. Około 9:00 rano, w porze późnego śniadania hotelowe restauracje zapełniają się turystami. Jest duszno i wilgotno, a w powietrzu słodkawy zapach rzeki miesza się z dymem papierosów, oparami alkoholu i odorem odpadków gnijących w kubłach przy restauracjach i barach. "Zapach" miasta o poranku zdecydowanie nie zachęca do spacerów. Jedyny powiew świeżej bryzy pochodzi z mijanych knajpek i sklepów - w nich działa klimatyzacja!
Do południa jeszcze daleko, a spokojny spacer w tym zaduchu sprawia, że ubranie klei się do ciała. Klei się wszystko więc zdecydowanie nie mamy ochoty, aby kleiły się nam również palce. A będą się kleić na pewno od grubej warstwy cukru pudru, którym posypane są słynne francuskie pączki. Poza tym upał odbiera apetyt, więc bez żalu mijamy Cafe du Monde wypełnioną po brzegi turystami.
Im bliżej zmierzchu, tym większy tłum ludzi przepycha się Bourbon Street i Royal Street. Nadal jest duszno i parno. French Quarter przyciąga tradycyjny rodzaj turystów - takich z aparatami, smartfonami, idących bez pośpiechu i robiących zdjęcia co ciekawszym miejscom. Tradycyjni turyści mieszają się na uliczkach z tymi, którzy są na niekończącej się imprezie. Trudno określić, czy właśnie kończą, czy dopiero zaczynają bal. Zwłaszcza, że każdy lokal proponuje krwawą Mary na śniadanie. No i jest też trzecia grupa turystów. Niekonwencjonalnych. Mijając męską wersję baleriny w tęczowym tutu, podstarzałego pirata (który miał niewiele wspólnego z Jack'iem Sparrow'em) i dziesiątki natrętów próbujących sprzedać mi plastikowe koraliki (symbol Mardi Gras) kolejny raz przesunęłam granice tego, czym jeszcze świat może mnie zadziwić. A muzyka we French Quarter? O tak! Z każdej knajpki, z każdego baru słychać głośne dudnienie lub karaoke. W te dźwięki wplatają się bębny uliczne, zrobione z wiaderek i skrzynek, w które miejscowe dzieci uderzają (przynajmniej w rytmie) patykami. Jazz'u nie słyszałam w żadnym lokalu.
I w końcu lokalny specjał - drink mimosa, czyli szampan z sokiem pomarańczowym. Nie był zły. Ale jakoś nie urzekał...
Aby choć trochę poczuć atmosferę jazz'owego Nowego Orleanu, tego z czasów Louis'a Armstrong'a odwiedziłyśmy muzeum jazz'u, a potem popłynęłyśmy w rejs parowcem Natchez. Nurt Mississippi lekko kołysał statkiem, a na pokładzie orkiestra grała prawdziwy, dobry jazz. Pełnię szczęścia uzupełnił talerz jambalaya i gumbo.
I właśnie taki Nowy Orlean nam się marzył. I taki sobie zapamiętamy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz