17 października 2016

Pustynny rafting

U schyłku lat 80-tych najbardziej lubiłam wtorkowe wieczory. To właśnie wtedy polska telewizja emitowała westerny. I tak, jak czwartek był wieczorem z kryminałem, tak wtorek był czasem dla Indian i kowbojów. Uwielbiałam oglądać  filmy z John'em Wayne'm, Robertem Mitchum'em i chłonęłam każdy szczegół Dzikiego Zachodu. Pustynie, dzikie bezdroża, konne pościgi, kurz i kłęby suchych chwastów pędzone wiatrem - to była moja romantyczna sceneria. No i jeszcze jej jeden, nieodłączny element - skały. A właściwie monolity (choć wtedy nie wiedziałam, że takie słowo istnieje ;-)). Nie wiedziałam też, że te skały są w kolorze czerwonym. Hmmm...ale pewnie dlatego, że mieliśmy czarno-biały telewizor!
Oczywiście w tamtych czasach nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby kiedyś pojechać do Stanów Zjednoczonych i zobaczyć tą dziką krainę na własne oczy. Ten pomysł narodził się trochę później, gdy już nowy telewizor z kolorowym obrazem dumnie prężył kineskop, a gatunek filmowy dzięki "Tańczącemu z wilkami" oraz "Dr. Quinn" przeżywał swój renesans. Kolorowy ekran pokazał mi nowy obraz tej romatycznej krainy - czerwona ziemia i czerwony kurz przesądziły sprawę. Koniecznie musiałam zobaczyć tą scenerię na własne oczy. 
Z realizacją tego marzenia musiałam poczekać kilka, a nawet kilkanaście lat, ale w końcu postawiłam stopy na Dzikim Zachodzie.

Do Monument Valley na granicy stanów Utah i Arizona przyjechałyśmy w środku nocy i w środku sezonu monsunów. Szosa w kompletnej dziczy, czerń dookoła, ani jednej gwiazdy na niebie. Zero świateł z siedzib ludzkich. Pewnie dlatego, że w okolicy nie ma żadnego miasta. Za to co kilka minut klimatycznie niebo rozświetlała błyskawica, a wtedy na krótką sekundę czarne cienie ogromnych monolitów majaczyły wokół złowieszczo. Zaskoczyło nas, że są tak blisko szosy.

Poranek dnia następnego wstał mglisty i deszczowy. I tak już pozostało do końca dnia. Kiepska pogoda na zwiedzanie. Gdzie moje wymarzone palące słońce? Gdzie sucha i spękana ziemia i wirujące kłęby kurzu? 





Zwiedzanie Monument Valley odbywało się z przewodniczką z plemienia Navajo, otwartym terenowym busem. Nasza grupa liczyła sobie 10 osób. Kiedy już deszcz rozlał się na dobre, nasza przewodniczka zasunęła foliowe kurtyny na boki trucka, aby choć trochę osłonić nas od deszczu. Objazd kolejnych punktów widokowych trwał godzinę, z postojami w wybranych miejscach szczególnie atrakcyjnych. Ten najpiękniejszy, najbardziej mi znany ze wszystkich westerów widok, John Ford's vista point przyszło mi fotografować w strugach deszczu. Czerwona pustynia zamieniła się w rwące potoki. Truck podskakiwał na wybojach, rozpryskując dookoła czerwone błoto, a woda ściekająca po foliowych osłonach nie oszczędziła żadnego pasażera. Przy większych koleinach nagle auto podskoczyło i deszcz z dachu auta wylał się zimnym strumieniem na plecy dwóch panów siedzących z przodu po prawej stronie. 
- "Dobrze, że tam nie siedzimy" - powiedziałam do córki, śmiejąc się z przemoczonych koszul turystów. 
Jeszcze kończyłam mówić to zdanie, gdy truck wjechał w następną koleinę, tym razem po lewej stronie i zimna deszczówka zrównała nas w "nieszczęściu" z tamtymi turystami. 




Pustynny rafting nie popsuł nam humorów. Za to zaostrzył apetyt. Po powrocie do osady Navajo - Goulding's Lodge - wsunęłyśmy solidne, ciepłe drugie śniadanie. Kiedyś był to tylko mały punkt handlowy, gdzie rdzenni Amerykanie wymieniali się towarami. Z czasem rozrósł się jako osada noclegowa dla przejezdnych, turystów i oczywiście dla ekip filmowych. Swego czasu mieszkał tu sam John Wayne i John Ford.




Przemoczone, ale z pełnym brzuchem i przy gorącej herbacie podsumowałyśmy dzień: cudowne miejsce. Trzeba tu będzie wrócić. Może następnym razem uda się trafić na słoneczny dzień.

Harry Goulding miał rację: gdy już raz ten czerwony piach wejdzie ci w buty, nigdy się go nie pozbędziesz i wrócisz tu!

Brak komentarzy: