Gdzie tu jest wyjście?
Gdzie tu są drzwi?
Którędy na zewnątrz?
Nie, to wcale nie początki ataku klaustrofobii. To tylko intensywna próba zrealizowania planu zwiedzania. Cel niby prosty: śniadanie w hotelu, a po nim idziemy na miasto. Zwiedzać! Podjęłyśmy kilka intensywnych prób wyjścia na zewnątrz hotelu. Wszystkie kończyły się fiaskiem.
Przedzierałyśmy się dzielnie przez ogromne kasyna, tonące w półmroku sale z ruletką, przez migoczące i hałasujące sale z automatami do gier. Po drodze mijałyśmy blade, lekko nieprzytomne osoby zawieszone nad grą i ciężko było zgadnąć, czy właśnie zaczynają nowy dzień nad kartami, czy może jeszcze kończą wczorajszy wieczór...
Kiedy już napis "exit" zamajaczył nam gdzieś w oddali, szłyśmy w jego kierunku tylko po to, aby znaleźć się w handlowym pasażu łączącym nas z kolejnym hotelem. Tym sposobem obeszłyśmy Delano w kółko, zwiedziłyśmy Luxor i schody do Excalibur'a. Ostatecznie po pół godzinie poddałyśmy się, prosząc ochronę o pomoc.
- Którędy można wyjść na zewnątrz?
Pana ochroniarza widocznie zdziwiło to pytanie.
- Ale po co na zewnątrz?
Rozejrzałyśmy się w około - no w sumie słuszna uwaga. Po co na zewnątrz, skoro w środku każdego hotelu jest wszystko, czego potrzebuje turysta?! Można przyjechać do Las Vegas bez żadnego bagażu. Z pustymi rękami, za to z pełną kartą kredytową. I wewnątrz każdego hotelu znajdzie się wszystko:
- kasyna i automaty do gry
- spektakle rewiowe i koncerty
- sklepy ze wszystkim
- kino
- oczywiście kaplice na szybki ślub
- baseny
- SPA i fryzjer
- ......... * (w miejsce kropek wpisz cokolwiek)
Więc wracając do zdziwionego pana z ochrony - po co wychodzić?
A no, żeby jednak zwiedzić miasto kiczu, miasto grzechu, miasto wielkich pieniędzy.
Las Vegas Boulevard, czyli The Strip ciągnie się przez 6 kilometrów (jeśli wierzyć przewodnikom). Nam udało się przebrnąć do połowy, mijając po drodze Tropicanę, MGM Grand Hotel, wspomniany już Luxor w kształcie piramidy i Excalibur, niczym bajkowy zamek.
Spacerując w upale (Vegas to jednak miasto na pustyni) przystanęłyśmy dla ochłody w cieniu hotelu New York, aby prześledzić wzrokiem tor wagoników rollercoaster'a (tak! W centrum miasta, przy hotelu).
Potem minęłyśmy hotel Paris, oczywiście z wieżą Eiffla.
Hotel Flamingo i Venetian. Patrząc na gondole, Ponte di Rialto i Campanillę, które nie odbiegały swym wyglądem od oryginałów weneckich zgodnie uznałyśmy, że w tym momencie widziałyśmy już wszystko.
W drodze powrotnej jeszcze tylko Mirage i Caesars Palace, niczym antyczny Rzym i wisienka na torcie, którą koniecznie trzeba podziwiać wieczorem - Hotel Bellagio i jego rozświetlone, tańczące fontanny!
Sącząc drinki w barze Skyfall na dachu hotelu patrzyłyśmy na morze neonów w dole - od starożytnego Egiptu, Rzymu, poprzez środniowieczne zamki i statuę wolności - miasto kiczu, miasto grzechu, miasto wielkich pieniędzy. I pewnie gigantycznych rachunków za prąd! ;-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz