4 grudnia 2016

Na pograniczu kiczu

Gdzie tu jest wyjście?
Gdzie tu są drzwi?
Którędy na zewnątrz?
Nie, to wcale nie początki ataku klaustrofobii. To tylko intensywna próba zrealizowania planu zwiedzania. Cel niby prosty: śniadanie w hotelu, a po nim idziemy na miasto. Zwiedzać! Podjęłyśmy kilka intensywnych prób wyjścia na zewnątrz hotelu. Wszystkie kończyły się fiaskiem.

Przedzierałyśmy się dzielnie przez ogromne kasyna, tonące w półmroku sale z ruletką, przez migoczące i hałasujące sale z automatami do gier. Po drodze mijałyśmy blade, lekko nieprzytomne osoby zawieszone nad grą i ciężko było zgadnąć, czy właśnie zaczynają nowy dzień nad kartami, czy może jeszcze kończą wczorajszy wieczór...

Kiedy już napis "exit" zamajaczył nam gdzieś w oddali, szłyśmy w jego kierunku tylko po to, aby znaleźć się w handlowym pasażu łączącym nas z kolejnym hotelem. Tym sposobem obeszłyśmy Delano w kółko, zwiedziłyśmy Luxor i schody do Excalibur'a. Ostatecznie po pół godzinie poddałyśmy się, prosząc ochronę o pomoc.

- Którędy można wyjść na zewnątrz?

Pana ochroniarza widocznie zdziwiło to pytanie.

- Ale po co na zewnątrz?

Rozejrzałyśmy się w około - no w sumie słuszna uwaga. Po co na zewnątrz, skoro w środku każdego hotelu jest wszystko, czego potrzebuje turysta?! Można przyjechać do Las Vegas bez żadnego bagażu. Z pustymi rękami, za to z pełną kartą kredytową. I wewnątrz każdego hotelu znajdzie się wszystko:
- kasyna i automaty do gry
- spektakle rewiowe i koncerty
- sklepy ze wszystkim
- kino
- oczywiście kaplice na szybki ślub
- baseny
- SPA i fryzjer
- ......... * (w miejsce kropek wpisz cokolwiek)

Więc wracając do zdziwionego pana z ochrony - po co wychodzić?
A no, żeby jednak zwiedzić miasto kiczu, miasto grzechu, miasto wielkich pieniędzy.

Las Vegas Boulevard, czyli The Strip ciągnie się przez 6 kilometrów (jeśli wierzyć przewodnikom). Nam udało się przebrnąć do połowy, mijając po drodze Tropicanę, MGM Grand Hotel, wspomniany już Luxor w kształcie piramidy i Excalibur, niczym bajkowy zamek.



Spacerując w upale (Vegas to jednak miasto na pustyni) przystanęłyśmy dla ochłody w cieniu hotelu New York, aby prześledzić wzrokiem tor wagoników rollercoaster'a (tak! W centrum miasta, przy hotelu). 




Potem minęłyśmy hotel Paris, oczywiście z wieżą Eiffla.



Hotel Flamingo i Venetian. Patrząc na gondole, Ponte di Rialto i Campanillę, które nie odbiegały swym wyglądem od oryginałów weneckich zgodnie uznałyśmy, że w tym momencie widziałyśmy już wszystko.




W drodze powrotnej jeszcze tylko Mirage i Caesars Palace, niczym antyczny Rzym i wisienka na torcie, którą koniecznie trzeba podziwiać wieczorem - Hotel Bellagio i jego rozświetlone, tańczące fontanny!



Sącząc drinki w barze Skyfall na dachu hotelu patrzyłyśmy na morze neonów w dole - od starożytnego Egiptu, Rzymu, poprzez środniowieczne zamki i statuę wolności - miasto kiczu, miasto grzechu, miasto wielkich pieniędzy. I pewnie gigantycznych rachunków za prąd! ;-)

Brak komentarzy: