Tereny rezerwatu szczepu Navajo obejmują wiele atrakcji turystycznych. Jedną z nich jest Antelope Canyon Lower. O ile w filmach jako plenery najczęściej pojawia się Monument Valley, o tyle Antelope Canyon to bohater fotografii. Na sto procent każdy kiedyś, gdzieś widział zdjęcia charakterystycznych falowanych czerwonych skał. Wystarczy przeglądnąć tapety Windows'a ;-) albo przyjechać właśnie tu, aby zobaczyć tą tapetę na własne oczy.
Do kanionu schodzi się w dół po dość wąskich i stromych stopniach. A potem brnie się przesmykiem między ścianami i ma się wrażenie, że trasa nie ma końca. I koniecznie trzeba patrzyć przed i za siebie, bo na całej trasie dzięki grze światła i cienia kanion przybiera surrealistyczne barwy i kształty.
Po powrocie na powierzchnię ziemi przejechałyśmy tylko kilka mil, aby zjechać z drogi 89 na parking przy przepięknym przełomie rzeki Colorado - Horse Shoe Bend. To kolejny gorący dzień tego lata. Pełny parking i dużo turystów. Napis na tablicy krzyczy do nas wielkimi literami: zabierz nakrycie głowy i przynajmniej 1 butelkę wody na osobę!!! Do przejścia masz 2 mile!!!
Spojrzałyśmy smętnie na naszą butelkę wody, już w połowie opróżnioną, no i z ciężkim westchnieniem córka wróciła do auta po kolejną butelkę. I w tym miejscu muszę przestrzec wszytkich: nigdy, ale to przenigdy nie ignorujcie napisów na tablicach informacyjnych!
W temperaturze +47 stopni Celsjusza, bez żadnego cienia, 2 mile do krawędzi kanionu to bardzo daleko, jeśli nie masz wody!
Kiedy już dotarłyśmy do skraju, w dole zobaczyłyśmy granatowo-zielone wody rzeki, zawinięte w podkowę - Horse Shoe Bend. W amerykańskich parkach (przynajmniej tych, które odwiedziłyśmy) nie ma żadnych barierek ochronnych. Wszystko spoczywa na zdrowym (z założenia) rozsądku turysty. Jeden nieostrożny krok i....
Takie postawienie sprawy naturalnie eliminuje wszystkich "górskich" turystów w klapkach i szpilkach.
Jadąc dalej na południe dotarłyśmy do wschodniego krańca Wielkiego Kanionu. Czytałam już wcześniej, że kanion jest ogromny i spodziewałam się efektu "wow", ale tego, co zobaczyłyśmy nie sposób opisać. Owszem, mogłabym tu pisać i pisać jak ogromny jest Wielki Kanion na całej swojej długości i szerokości. Jak maleńki jest człowiek, jak maleńki jest helikopter lecący między ścianami kanionu, itp, itd. Ale ponieważ zdjęcie mówi więcej, niż tysiąc słów....
Kanion przez miliony lat żłobi rzeka Colorado, która w tym miejscu zmienia kolor z turkusu na ceglano-rudy. Aha... i nadal nie ma żadnych barierek...
Zachodni kraniec Wielkiego Kanionu na terenie rezerwatu szczepu Hualapai szczyci się atrakcją Sky Walk - tarasem widokowym na krawędzi kanionu. To jak Horse Shoe Bend ze stali i szkła - stworzone ręką człowieka. Pierwszy krok na tej szklanej ścieżce - tętno 200 i miękkie kolana. Ale potem było już coraz lepiej.
Jadąc dalej wzdłuż biegu Colorado River nie można ominąć zapory Hoovera.
Dalej na południe, aż do Lake Havasu City, gdzie główną atrakcją miasteczka jest błękitne jezioro Havasu, ze sztuczną wyspą, na którą prowadzi oryginalny London Bridge. Most rozebrany i przeniesiony tu prosto z Londynu.
Niebieska Colorado płynie dalej na południe, aż do Zatoki Kalifornijskiej. Tymczasem my odbiłyśmy na zachód, na międzystanową 10-kę. Przed nami znów step, pustynia i dzicz. I 250 mil do San Diego. Ale bak paliwa pełny i zapas butelek wody na tylnej kanapie też uzupełniony.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz