Czy można przyzywczaić się do tłumu turystów? Hmmm.... pewnie można. Zwłaszcza, gdy samemu jest się turystą w obcym mieście. Mieszkańcy miast atrakcyjnych dla turystów pewnie mają dość nieskończonego potoku ludzi płynącego ulicami we wszystkich kierunkach. Zwłaszcza jeśli ich droga do pracy przebiega przez miejsca szczególnie polecane w przewodnikach turystycznych. Pędząc do pracy, lub do przedszkola aby odebrać dziecko, dzielnie mijają grupy przyjezdnych szwendających się wolno, bez celu, lub gapiących się na każdy budynek po drodze, robiących miliony zdjęć.
Ale poza turystami jest jeszcze jedna grupa "męczydusz" - to tak zwani przeze mnie "naganiacze". I to jest koszmar.
Już nie pamiętam ile razy uciekałam, przechodziłam na drugą stronę ulicy, ignorowałam kompletnie takiego naganiaczna. On / ona zawsze upolowali moją chwilę nieuwagi i zaczynali swój monolog:
Już nie pamiętam ile razy uciekałam, przechodziłam na drugą stronę ulicy, ignorowałam kompletnie takiego naganiaczna. On / ona zawsze upolowali moją chwilę nieuwagi i zaczynali swój monolog:
- "zapraszamy do naszej restauracji"
- "czy znasz już nasze nowe letnie menu z drinkami?"
- "tanio wycieczki z przewodnikiem do.....*w miejsce kropek wstawić dowolnie wybraną atrakcję
- "ostatnie bilety na rejsy po....*w miejsce kropek wstawić dowolny akwen
A poza granicami Polski taka lista uzupełniana jest jeszcze o zaczepkę narodowościową:
- "Ruski??? Da, da, Ruski???"
- "from Poland???? Kocham pierogi i Żubrówkę!!!"
- "Hello, zdrastwujtie"
W tym sezonie do haseł-zaczepek dołączyło jeszcze jedno: "tejkediska" - co dopiero po jakimś czasie udało nam się rozszyfrować jako "take a discount" :-)
Przedzierając się w tłumie ulicami Manhattanu kilkanaście razy "naganiacze" zwrócili się do nas tym hasłem. "Tejkediska" na okrągło rozbrzmiewało, a przy tym oferowano nam menu kolejnego baru, bilety do teatru, oraz ofertę przejazdu panoramicznego przez Manhattan autobusem z odkrytym dachem. W zimie! przy -15 stopniach!!! Tejkediska!!!
Jakoś dotarłyśmy do drzwi Gershwin Theatre, mijając po drodze kobietę biegnącą truchtem, trzymającą na smyczy dwa koziołki (tak, już nic nas nie zdziwi w NYC) i weszłyśmy do ciepłego holu. Mamy taką przypadłość, że odwiedzając teatry w sezonie zimowym zostawiamy płaszcze w szatni. Takie nasze dziwactwo. Aczkolwiek publiczność w teatrach Londynu i Nowego Jorku pokazała nam, że przecież można oszczędzić te parę groszy i przez cały spektakl siedzieć w fotelu na widowni dzielnie dzierżąc w ramionach swój płaszcz, torebkę, a czasem nawet torby z zakupami. No cóż, my jednak jesteśmy staromodne więc szatnia obowiązkowa.
Podeszłyśmy do szatni, która niestety jeszcze była zamknięta. Napis głosił, że otwarcie nastąpi na kwadrans przed spektaklem. No cóż. Poczekamy.
Do spektaklu zostało jeszcze jakieś 25 minut, gdy nagle uprzejmy pan otworzył drzwi (a raczej okienko) szatni. Jak się okazało, poza nami dwoma jeszcze kilka osób czekało aby oddać płaszcze. Kiedy już uformowaliśmy krótką kolejkę i jako pierwsze w tejże kolejce wykazałyśmy chęć zdeponowania u pana naszych futer, pan z okienka radośnie oznajmił:
-"I'm not quite open yet"
Dość nietypowe, więc dopytałyśmy pana, co dokładnie ma na myśli. Pan niewzruszonym głosem oznajmił, że otworzył wprawdzie szatnię ale nie może zacząć przyjmowania płaszczy, gdyż według harmonogramu może rozpocząć pracę za 10 minut. Czy to oznacza, że będziemy się tak na siebie patrzyć bezczynnie przez 10 minut? Tak! to dokładnie to oznacza. Możemy nawet wdać się w luźny dialog z panem (co de facto uczyniłyśmy), albo dokarmiać pana z okienka orzeszkami ziemnymi. Jak w zoo. Pan siedzi w swojej komórce, a my się na niego patrzymy taszcząc futra w rękach! Ameryka! :-)
Śledzenie wzrokiem wskazówek zegara w niczym nie przyśpieszyło tempa ich poruszania się, ale gdy w końcu nadeszła godzina, pan przyjął nasze płaszcze do szatni. Teraz mogłyśmy już spokojnie zasiąść na widowni i podziwiać musical "Wicked"
Nie zamierzam się tu rozpisywać na temat spektaklu, bo nie wiem czy mój dyplom z dziennikarstwa wystarczy, aby znaleźć odpowiednie słowa. Generalnie to trzeba zobaczyć. Koniecznie. Spektakle na Broadway'u są przygotowywane z tak wielkim rozmachem, że nawet peany trzynastozgłoskowcem nie oddadzą klimatu sztuki.
Dla odmiany od publiczności z teatrów Broadway'u czy West End'u przyznać trzeba, że polska publiczność korzysta z szatni - tłum kłębiący się w szatni teatru Roma w Warszawie był tego niezbitym dowodem. Niestety, o ile na widowni wspomnianych światowych teatrów po zgaszeniu świateł zapada cisza, a widzowie oglądają spektakl, o tyle polska publiczność jakoś zatraciła umiejętność obcowania ze sztuką. Szeleszczenie torebkami z jedzeniem, szepty, buczenie, i ciągłe sprawdzanie ekranu telefonu - zdarzają sie nagminnie. I to przeszkadza tym, którzy przyszli tam z własnej, nieprzymuszonej woli, aby obejrzeć spektakl. A nowość w Romie - musical "Piloci" rozmachem przygotowania, poziomem artystycznym i wokalnym spokojnie może konkurować z musicalami ze scen światowych. Nie wiem, jak realizatorzy wtaszczyli na scenę samolot, ale efekt jest piorunujący. To najwspanialsza historia o miłości i poświęceniu, jaką widziałam. Koniecznie do zobaczenia jeszcze raz!
A skoro już mowa o poświęceniu, to z miłości ludzie są zdolni do wielu rzeczy. Bo czy matka nie poświęci się dla dziecka, które późnym wieczorem po wyjściu z teatru oznajmia, że coś by zjadło?! I nie ma znaczenia, że jest święto Św. Patryka, więc okoliczne bary i restauracje pękają w szwach. Lokale pełne, miejsca brak, my rezerwacji oczywiście nie mamy, ale za to mamy apetyt aby coś zjeść. Przed zamkniętymi drzwiami jednej z sieci restauracji kilkanaście osób walczy zacięcie z bramkarzem, który usilnie i stanowczo tłumaczy, że lokal jest pełny. Miejsc nie ma. Idźcie sobie, albo czekajcie na mrozie, może coś się zwolni.
No przecież oczywiste jest, że matka podejmie uprzejmą konwersację z onym bramkarzem, poruszając ważne tematy bezpieczeństwa w lokalu w razie np. pożaru, organizacji imprez zamkniętych, braku zrozumienia dla ciężkiej pracy ochroniarzy, aż po znajomości w branży artystycznej, aby tylko zyskać dwa miejsca przy stoliku i porcję gorących frytek na kolację. :-)





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz