Jakoś przemordowałam 12 godzin lotu i po zeskanowaniu odcisków palców ustawiłam się w kolejce do urzędników imigracyjnych. Każdy z nich odziany w mundur, każdy z poważną miną wnikliwie i starannie studiuje każdą literę w każdym paszporcie. Trwało wieczność zanim nadeszła moja kolej. Poważna urzędniczka przeanalizowała ciąg znaków w moim paszporcie i w mojej wizie. Potem już tylko zdjęcie, kolejne skanowanie odcisków i oficjalnie wpuszczono mnie do kraju. Uff...
Ustawiłam się w następnej kolejce, aby dotrzeć do wyjścia z lotniska w Szanghaju. To właściwie nie była kolejka, tylko zbita masa ludzka, stojąca bezładnie, pchająca w kierunku wyjścia swoje walizki lub wózki z tobołami. Trwało następną godzinę, zanim ten tłum wypchnął mnie na zewnątrz. Najgorsze za mną - pomyślałam, gdy już zamówiona taksówka wiozła mnie do hotelu.
Trochę już pracuję z Azjatami, więc nauczyłam się, że nie można ich popędzać, koniecznie trzeba ich chwalić i zdecydowanie za wszystko dziękować. Taka kultura, taki obyczaj. Jeśli chcesz osiągnąć zamierzony cel, musisz być cierpliwy. Bardzo cierpliwy. I musisz dziękować. Ja do cierpliwych nie należę...
Padałam na pysk ze zmęczenia po podróży, a kolejny dzień zaczynał się o piątej rano. Dlatego zamówiłam śniadanie do pokoju, wyraźnie zaznaczywszy w karcie, co chcę: śniadanie amerykańskie. na 5:00 rano.
Śniadania oczywiście nie dostałam. Mój telefon na recepcję nie przyniósł żadnych rezultatów. Pani w słuchawce słabym angielskim kazała poczekać 15 minut. Już o 5:30 zeszłam na dół i oznajmiłam, że poczekam na swoje śniadanie już w restauracji. Trzy panie na recepcji ochoczo, z uśmiechem pokiwały głowami. Żadna nie zrozumiała tego, co powiedziałam. Super! Zdechnę z głodu.
O 6:00 musiałam wyjeżdżać na spotkanie, więc o 5:40 przypuściłam ponowny szturm na recepcję, z upartym pytaniem "gdzie moje śniadanie?" W odpowiedzi usłyszałam, że "zawiezione do pokoju"!!!! Krew we mnie zawrzała (cierpliwość to nie moja cecha), ale zdobyłam się na wysiłek, aby z uśmiechem podziękować za tą jakże cenną informację i poprosić, aby jednak przywieziono to śniadanie na dół. No i na szczęście już po chwili podano mi: zimnego tosta, zimne jajko sadzone, filiżankę herbaty i coś, co przypominało trochę chleb, w którym w Polsce podaje się żurek. Jak się okazało, był to American bagel w wersji chińskiej!
Czekał mnie długi dzień i ponieważ nie byłam pewna tego, kiedy i co znów będę mogła zjeść, pochłonęłam to śniadanie w trzy minuty. Chciałam dostać jeszcze jedną herbatę, więc podeszłam do ekspresu. Zwykle duże hotelowe ekspresy do kawy mają też opcję "hot water", aby sobie zrobić herbatę. Właśnie tej opcji szukałam, gdy z nikąd zjawiła się uprzejma kelnerka oferując swą pomoc:
- "Coffee?" - zapytała radośnie
- "No, not coffee. Hot water. To make a tea" - odpowiedziałam ale już w połowie swojej wypowiedzi zauważyłam, że przekaz nie trafia do adresata.
- "Moja chcieć wodę. Gorącą. Do herbaty" - powtórzyłam powoli, wyraźnie, używając prostych angielskich słów.
- "Coffee?" - jeszcze raz powtórzyło dziewczę z uśmiechem, zupełnie niezrażone.
Panie, daj cierpliwość - błagałam w myślach. Ponowiłam próbę wytłumaczenia, o co proszę. Pokazałam swoją filiżankę ze spoczywającą na dnie torebką herbaty i powtórzyłam: "hot water".
- "Aaaa..." - błysk zrozumienia pojawił się w oczach kelnerki. Porwała moją filiżankę i z samowaru stojącego w rogu nalała mi wody.
- "Thank you, thank you" - podziękowałam odbierając od niej herbatę.... zalaną zimną wodą.
- "Hot water" - powtórzyło dziewczę dumne z dobrze wykonanego polecenia.
Boże, dopiero wtorek. Jak dotrwam do piątku????
Dotrwałam. Na ryżu i brokułach. Czasem trafił się kurczak i kawałek ryby.
Dotrwałam. Na ryżu i brokułach. Czasem trafił się kurczak i kawałek ryby.
raz nawet dostałam deser - z makaronu ryżowego i siekanego ogórka!!!!
Pierwsza myśl po powrocie do kraju: schabowego....... schabowego i ziemniaków mi dajcie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz