8 sierpnia 2019

Jelenie królowej

Od znajomych ostatnio słyszę, że muszę być szalona i odważna, bo porywam się na zwariowane rzeczy.
Mój nowy szef z kolei uznał, że nie należy lekceważyć potencjału jaki jest w pracowniku, który postanawia, że w sześć tygodni przeniesie całe swoje życie do innego kraju.
Tak więc sześć tygodni temu razem z córką wsiadłyśmy w rozpędzony ekspres wielkich zmian w naszym życiu. Ekspres czasem stawał się emocjonalnym rollercoasterem, a czasem zdezelowaną drezyną napędzaną determinacją, wiarą w sukces i.... oczywiście kawą. Mnóstwem kawy.

Są osoby, które planują z wyprzedzeniem wszystkie znaczące zmiany w swoim życiu. Analizują setki ofert, opracowują warianty i strategie, kalkulują możliwości (nie tylko te finansowe) i systematycznie odkładają jakieś sumy na dany cel. I super. Brawo.
Ale jest też inna grupa osób. Takich, które mają główny cel majaczący na zamglonym horyzoncie, jednak drogi do jego osiągnięcia nie są jasno nakreślone. Te osoby nie mają oszczędności ani wariantów zdarzeń, lecz gdy pojawia się okazja, decydują się w mgnieniu oka. Mają ogólną wizję i szkic planu, a szczegóły napisze życie. Tak, są takie osoby. Należę do nich ja.


I oto jestem. Od tygodnia na angielskiej ziemi. Nowa praca, nowy dom, nowy kraj. A biurokracja wszędzie taka sama.
Dzień (oznaczmy go dniem O, jak Otwarcie) wyznaczony jako ten, w którym wprowadzimy się do naszego wynajętego mieszkania, był dniem próby naszej cierpliwości. Krótki zarys sytuacji: aby dostać klucze do mieszkania, trzeba najpierw wpłacić uzgodnioną kwotę za wynajem. Umowę najmu wraz z numerem konta dostałyśmy dnia poprzedniego. Dzięki Bogu był to dzień roboczy, więc przelew wyszedł. No i cóż, że wyszedł, skoro z polskiego banku do angielskiego banku droga daleka. Przynajmniej dwa dni. Przelew w drodze, w Polsce pieniędzy już nie ma, w Anglii jeszcze nie ma. Więc wejścia do mieszkania też nie będzie. A meble i 17 kartonów rzeczy właśnie dociera promem do angielskego portu.....
Spędziłyśmy z córką radosną godzinę w biurze agencji nieruchomości wisząc na infolinii polskiego banku, tłumacząc pani w słuchawce (po angielsku, aby pan z agencji rozumiał) naszą sytuację. Polski bank dobrze chroni majątek klienta. Po godzinnych rozmowach z trzema konsultantami, gdzie każdemu z osobna musiałam tłumaczyć swój problem, podać ważne dane osobowe (rozmiar buta, data ostatniego szczepienia na dur brzuszny, takie tam) i wyrecytować piątą zwrotkę hymnu narodowego, udało się zdobyć potwierdzenie, że przelew wyszedł i dotrze do odbiorcy. Tu ktoś może spytać "dlaczego nie masz konta w angielskim banku?". O naiwności ludzka.... o tym za chwilę.
Udało się. Mamy gdzie mieszkać. 
Kolejny dzień (nazwijmy go M, jak Maraton), kolejne wyzwanie. Dziś mamy spotkanie w urzędzie, aby dostać numer identyfikacji podatkowej. Aby było łatwiej, wyznaczono nam spotkanie o 9:00 rano w uroczym Norwich - mieście oddalonym od naszego o 2 godziny jazdy pociągiem . Ślicznie. Już o 6:27 rześkie i wypoczęte wczołgalyśmy się do pociągu. O 7:00 pociąg zatrzymał się w Ely - ślicznej, angielskiej wiosce pośród niczego. Zatrzymał się i to by było na tyle, gdyż według podanego komunikatu dalsza trasa zostala zablokowana. Zdarzył się wypadek: jeden z jeleni Jej Królewskiej Mości zderzył się z pociągiem. Być może był to wypadek, być może jeleń przerażony widmem brexitu postanowił z sobą skończyć. Tego nie wiemy. Wiemy natomiast, że za godzinę będzie pociąg do Ipswich i nim możemy kawałek pojechać dalej. Wiemy również to, że kurczy nam się czas, aby zdążyć na urzędowe spotkanie.



Punktualnie o 9:00 wysiadłyśmy w Stowmarket (znów pośród niczego), pociag odjechał w stronę Ipswich, a my już za 55 minut miałyśmy złapać kolejny pociąg do Norwich. 


Przyjechał. A jakże! Ruszył z kopyta aby już po kwadransie zatrzymać się w szczerym polu, bo.... kolejny jeleń szwendał się po torowisku..... 
Ostatecznie wpadłyśmy do urzędu z zadyszką i dwugodzinnym opóźnieniem, ale sprawę załatwiłyśmy. :)
No i popołudnie w dzień B (B jak Bank): raźno wkroczyłyśmy do angielskiego banku, aby otworzyć konto. To bardzo proste: wystarczy dokument tożsamości, umowa o pracę i list adresowany na nasz angielski adres. List,  najlepiej rachunek za telefon, internet,  prąd. Jakiś dowód, że przychodzą rachunki i je płacimy. Tylko, że nie mamy żadnego rachunku. Ani za telefon, ani za internet, ani za prąd. Nie możemy zawrzeć umowy z żadnym usługodawcą, bo nie mamy konta w banku!!!!! A konta w banku nie mamy, bo nie mamy listu z rachunkiem za internet, prąd lub telefon, który przyjdzie na nasz adres!!!!
Dzień O, dzień M, dzień B.
OMB
O Mój Boże..... daj cierpliwość.... :)

Brak komentarzy: