15 września 2019

Gdzie ci mężczyźni.....?

....czyli przypowieść o damach w opresji.....

Córka ma w owym dniu swój dyplom sceniczny broniła, śpiewając przebój: 
"...I need a hero, I'm holding out for the hero till the end of the night! He's gotta be strong, and he's gotta be fast and he's gotta be fresh from the fight!"

No i wydarzyło się pewnej sobotniej nocy, że w naszym wynajętym mieszkaniu w obcym kraju zaczął przeciekać sufit. Tak koło 20:00 zmywając naczynia mimowolnie spojrzałam w górę, a tu na suficie pojawia się plama wody. Oczywiście w przerażeniu (bo przecież to nie moje mieszkanie) biegnę na górę do sąsiada błagając w duchu aby mówił po angielsku.
O dziwo, facet mówił językiem Szekspira, choć Anglikiem nie był. Wcale go moje newsy nie zdziwiły. Przeciwnie, powiedział, że jego też zalało, że woda gdzieś tam z góry płynie, że płynie od rana, sprawa zgłoszona u zarządcy budynku.
Aha, no dobra. Skoro temat jest grubszy, to ja już tylko zgłosiłam ten problem w agencji, która wynajmuje mi moje mieszkanie. No i niech coś zrobią.
Do 22:00 nikt nie zrobił nic. Więc wzorem Anglików zachowałyśmy spokój i położyłyśmy się spać. Nie minął kwadrans, gdy usłyszałam kapanie na podłogę w kuchni. 5 minut później z łóżka wyrwało nas przeraźliwe wycie alarmu przeciwpożarowego. Wyły i migotały wszystkie czujniki w mieszkaniu (a jest ich kilka). W kilkanaście sekund obie z córką byłyśmy na korytarzu. W stroju bojowym oczywiście: piżama, buty, torebki pod pachą telefony w rękach. To nie pierwsza ewakuacja w naszym życiu.
Szybka ocena sytuacji: żyjemy, alarmy wyją ale nic nie płonie. To co robimy?
Dzwonimy do agencji zgłosić sytuację. Numer awaryjny, po sygnale zostaw wiadomość.....
To może telefon do zarządcy budynku.... ktoś owszem, odebrał, przyjął zgłoszenie, ale jest sobota, noc, to może niech pani obserwuje sytuację, a my kogoś przyślemy w poniedziałek!!!!
Alarm wyje, woda kapie, a mnie szlag trafia.
Czyli pozostaje ostateczność.... 999, tu numer ratunkowy, które służby wysłać: policję, pogotowie czy strażaków?
W zaistniałej sytuacji z menu wybrałam strażaków. Tymczasem pani wypytuje mnie dalej:
- Co się pali?
- Nic się nie pali, czujniki wyją bo je zalało
- Zgłasza pani wyciek? Czy to wyciek gazu?
- Nie! Wody. Woda się leje... resztę dialogu zagłuszyły syreny wozu strażackiego.
I tak oto w środku nocy odziane jeno w piżamy zaprosiłyśmy trzech obcych mężczyzn w mundurach do naszego mieszkania. Panowie zabawili z godzinkę, rozbrajając czujnik dymu (wyciagnęli z niego baterie i przestał wyć), usiłując bezskutecznie odnaleźć przyczynę zalania, aby wreszcie wyłączyć bezpieczniki w kuchni. I pojechali.
Do rana przestało kapać. W poniedziałek sufit nawet wysechł, więc zaryzykowałyśmy ponowne włączenie bezpieczników w kuchni, bo jakoś niewygodnie smażyć tosty w pokoju na dywanie.
O 2:30 w nocy ponownie wyrwało nas z łóżek wycie alarmów. Nie wiem jak, ale brak baterii nie stanowił problemu dla zalanego czujnika dymu. Córka powlokła się na korytarz i tam zwinięta w kłębek pod kocem czekała, aż nowa ekipa strażaków znów zawita u nas nocą.
Ekipę numer dwa tworzyło dwóch młodzieńców, którzy radośnie wyłączyli czujnik, kompletne demontując go z sufitu.

Wtorkowym popołudniem odwiedził nas w cywilu strażak z ekipy pierwszej. Pan nawet całkiem, całkiem... takie mocne 38-40 lat. Przyszedł zapytać, czy już wszystko w porządku, czy nic się nie dzieje. Krótki raport techniczny z mojej strony wyczerpał temat, ale pan strażak nie kwapił się do wyjścia. W końcu zebrał się na odwagę i prosi mnie.... o numer telefonu do mojej córki, aby się z nią umówić!!!!!!
Kto mnie zna ten wie, że rzadko zdarza mi się zaniemówić. I to był właśnie ten moment. Nastała taka niezręczna cisza.
Córka grzecznie odrzuciła propozycję randki z panem w wieku średnim, który niczym nie zrażony zaproponował randkę mi!!!

To nie był dobry dzień dla pana strażaka. Dostał kosza od nas obu. 

I tu przejdę do konkluzji:
"Where are all the good men gone, and where are all the gods?"

Brak komentarzy: