Punktualnie o 17:15, wystrojone w "małe czarne" stawiłyśmy się pod głównym wejściem. Trochę niezręcznie przyjść w gości z pustymi rękami, bez upominku dla gospodyni, ale przecież gospodyni i tak nie ma w domu, więc jesteśmy usprawiedliwione... ;-)
Paradoksalnie, gdyby gospodyni była w domu, mogłybyśmy tu przyjść tylko na oficjalną audiencję i wyłącznie na wyraźne życzenie pani domu. Czyli nieprędko!
Dlatego korzystamy z okazji, że królowa spędza urlop w Balmoral i składamy jej wizytę nieoficjalną, stricte turystyczną.
Do pałacu wchodzimy wejściem ambasadorów. Tym samym, którym wchodzili przed nami wszyscy wielcy i znaczący tego świata: mężowie stanu, przedstawiciele dyplomacji, arystokracja i ....... oczywiście James Bond! Przynajmniej tak mówi przewodniczka zajmująca się naszą kameralną grupką zwiedzających. Prowadząc nas z głównego holu, przez klatkę schodową i kolejne komnaty, aż do sali tronowej, przewodniczka barwnie opowiada o historii pałacu. Przeplata wątki historyczne z minionych stuleci z informacjami z ostatnich miesięcy. I tak oto pokonując niezliczone metry czerwonych, pałacowych dywanów odwiedzamy Grand Staircase - wejście na oficjalną prezentację na dworze, przechodzimy przez salę tronową, która wygląda dziwnie znajomo..... ach, to tu robione są wszystkie oficjalne zdjęcia rodziny królewskiej, które pojawiają się w prasie. Ostatnia wspólna fotka zrobiona przy okazji ślubu Williama i Kate. Przechodząc długim korytarzem Picture Gallery staramy się skupić na wiszących tu obrazach wielkich mistrzów, ale przewodniczka znów wyrywa nas ze stanu głębokiej kontemplacji serwując ciekawostkę, że o, właśnie w tym miejscu stał tort weselny wspomnianej już młodej pary. Ta uwaga na temat tortu i przyjęcia weselnego wprowadza dziwny rozdźwięk w świadomości. Jak to?! Przyjęcie weselne w muzeum?! To prawie profanacja!!! Nawet jeśli goście nie rzucali w siebie ciastem z bita śmietaną, to jednak konsumpcja w muzeum - nie godzi się!!! Ale sama siebie upominam - to przecież nie jest tylko muzeum. Ten pałac żyje i funkcjonuje jako dom i urząd. Pełni też aktywną funkcję reprezentacyjną, a sala balowa, którą właśnie zwiedziliśmy, od czasu do czasu jest miejscem uroczystych spotkań przedstawicieli establishmentu. Więc konsumpcja odbywa się tu niemal na skalę masową.
Czerwone dywany wiodą nas do kolejnych komnat. Salon niebieski, biały, muzyczny. Ciekawe ile jest ukrytych, tajnych przejść w pałacu. Bo z całą pewnością takie istnieją!
Ponad dwugodzinny spacer po najsłynniejszym pałacu kończymy na tarasie wychodzącym na ogrody. Jest już ciemno, a wieczorna mżawka nie zachęca do pozostania na zewnątrz. Ale mimo wszystko stoimy jeszcze przez chwilę. Jeszcze moment, aby nacieszyć się pobytem w tym miejscu, gdzie królowa trzy razy do roku urządza swoje garden party. Ani chłodna mżawka, ani brak kapelusza na głowie nie psuje tej cudownej aury. Piję ostatni łyk szampana, odstawiam pusty kieliszek na tacę i wychodzę z pałacu. Garden party dobiegło końca. Ostatni goście wychodzą i pałac zamyka swoje drzwi.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz