Najlepiej podróżuje się z ekipą włoską! Lot trwał sześć godzin, z czego pięć włoski team spędził na nogach. Nie, nie, nie! Broń Boże nie brakło dla nich miejsca w samolocie. Ale zaraz po starcie i osiągnięciu szumnie zwanej wysokości przelotowej pilot zgasił lampkę "zapiąć pasy", a to stało się sygnałem dla Włochów do rozpoczęcia "standing party". Włoski zespół liczył kilkanaście osób, z miejscami luźno rozrzuconymi w dość sporym sektorze klasy turystycznej. Więc zaczęły się spacerki, po drinka, z drinkiem, na drinka. Generalnie towarzyska ekipa. Nie przeczę, nas też zachęciło to do krótkich spacerków po kabinie. W końcu ileż można siedzieć?!
Czas minął szybko, kapitan znów oznajmił nakaz zajęcia miejsc i zapięcia pasów (a włoski team wyjątkowo sprawnie i posłusznie wykonał polecenie) i wylądowaliśmy.
Okazuje się, że Hollywood nie zawsze kłamie i naciąga fakty. W przypadku tzw. plenerów nie odbiega zbytnio od rzeczywistości, przynajmniej tak długo, jak plenery są kręcone w Nowym Jorku. Przemierzamy sobie luźno ulice Manhattanu i gdziekolwiek spojrzymy, wszystko wygląda znajomo. Drapacze chmur, Broadway, Statua Wolności i inne atrakcje miasta - wszystko to już widziałyśmy dziesiątki razy. Jesteśmy w Nowym Jorku pierwszy raz w życiu, wylądowałyśmy kilka godzin temu i jest to nasz pierwszy spacer po mieście. A jednak nie możemy oprzeć się wrażeniu, że już tu byłyśmy. I nie jest to efekt deja vu. Nie chodzi o jakieś podświadome przebłyski, że kiedyś coś już się zdarzyło. To raczej jak powrót do dobrze znanego miejsca. Filmowcy z Fabryki Snów tak często umieszczają swoich bohaterów w Nowym Jorku, że po obejrzeniu kilkunastu kultowych amerykańskich filmów ma się wrażenie, że zna się na pamięć NYC, albo przynajmniej Manhattan. Mimo wszystko musimy ochłonąć po tym szokującym odkryciu, więc siedzimy na schodkach Times Square, sącząc wodę z butelki (bo upał niemiłosierny) i obserwujemy rzekę ludzi przepływającą chodnikami we wszystkich kierunkach. Po dłuższej obserwacji dostrzegamy jeden szczegół różniący prawdziwy Nowy Jork od tego filmowego. Otóż jak na światową metropolię, jest tu zdecydowanie za cicho! Nie ma kakofonii dźwięków, przez które wyraźnie przebijałby się chór klaksonów. Nie słychać też syren strażackich, ani policji. Owszem, czasem przemknie pogotowie, ale to nie jest kawalkada pojazdów "uprzywilejowanych" z wyjącymi syrenami . I na pewno nie słychać "koncertu" klaksonów w wykonaniu taksówkarzy, jak to nam zazwyczaj serwują w filmach.
A skoro już wspomniałam służby mundurowe..... hmmm..... właściwie w każdym miejscu na świecie faceci w mundurach robią wrażenie, ale policjanci amerykańscy są bezkonkurencyjni. Nie jestem pewna, czy to też wpływ amerykańskiego kina, z serią "Die Hard" czy "Speed" na czele, czy zwyczajnie mundur czyni mężczyznę, ale fakt faktem - NYPD - jak to brzmi!
Oczywiście bardziej rozbudowane zdanie: "NYPD, open the door" słyszane po zmierzchu, z natarczywym dobijaniem się do drzwi brzmi już znacznie gorzej, ale takie sceny na szczęście znam tylko z filmów.....!
Za to z doświadczenia życiowego znam coś innego: wystarczy powiedzieć "Excuse me, officer", aby blondynka trochę zagubiona w wielkim mieście (;-)) uzyskała pomoc. To już przećwiczyłam. Działa!!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz