28 lipca 2013

California dreamin.....

Ten samolot ma międzylądowanie w Los Angeles przed swoim dalszym lotem na Maui, na Hawajach. Dlatego część pasażerów zostaje na miejscach czekając na dalszy ciąg podróży, a my zbieramy się do wyjścia, chociaż Maui brzmi bardzo kusząco. Ale może następnym razem.....
Najpierw sprawdzimy, co ma do zaoferowania Kalifornia. Czy rzeczywiście plaże Malibu i Venice są takie piękne, czyste i szerokie? Czy naprawdę ratownicy mają czerwone kostiumy, jak w serialu "Baywatch"..? Skoro w przypadku Nowego Jorku filmowa sceneria okazała się zgodna z prawdą, to również Kalifornia nie może być przerysowana.

Pierwsze kroki kierujemy do..... wypożyczalni samochodów na lotnisku LAX, aby po odstaniu swojego w kolejce turystów wsiąść w końcu do auta, odpalić silnik i wyjechać na ulice LA. Taaaaaaa...... perspektywa jazdy autostradami z sześcioma pasami ruchu w jednym i sześcioma w drugim kierunku jest bardzo ekscytująca. Szerokie ulice, prędkość odpowiednia, wiatr we włosach (w przenośni, bo to nie wersja cabrio), po prostu high life! Do czasu, aż trzeba szybko zmienić pas ruchu ze skrajnie lewego na skrajnie prawy, aby nie przegapić zjazdu na Santa Monica. Przy odrobinie szczęścia i uprzejmości kalifornijskich kierowców udaje nam się ta sztuka!
Samochód bezpiecznie zaparkowany przy plaży, a my brnąc w piasku krok za krokiem, w stronę oceanu odhaczamy na wyimaginowanej liście kolejne punkty "do sprawdzenia":
- plaża - cudna, czysta i szeroka. Jak w filmach!
- ratownicy - rzeczywiście mają czerwone kostiumy i wyglądają, jak aktorzy. Jak w filmach!
- molo w Santa Monica - na jego końcu rzeczywiście są karuzele. Nie są filmową dekoracją, lecz naprawdę działają!
Również na końcu tegoż molo znajduje się fantastyczna meksykańska restauracja, prowadzona oczywiście przez prawdziwą meksykańską rodzinę. I serwuje prawdziwe meksykańskie potrawy, suto okraszone sosami i przyprawami, które wypalają kubki smakowe. Też prawdziwie, po meksykańsku!


...To chyba moje najlepsze urodziny w życiu. Nie dość, że dzień urodzin trwa dłużej niż zwykle (po przylocie ze wschodniego wybrzeża musiałyśmy cofnąć zegarki o kilka godzin), to jeszcze siedzę sobie z córką na tarasie restauracyjnym, pomarańczowe słońce zachodzi, wolno topiąc się w Pacyfiku, a my wcinamy urodzinowe ciasto, które sprezentował nam szef kuchni. Zespół gra i śpiewa dla mnie "Happy birthday" oczywiście ze swoimi regionalnymi przyśpiewkami, córka zachęca, abym zdmuchnęła świeczkę na torcie i pomyślała życzenie! Życzenie...?
Właśnie się spełnia.....



Brak komentarzy: